Desery na depresję to kolejna odsłona Kryzysowej Książki Kucharskiej. Tym razem skupiam się na deserach, które w czasie depresji ekonomicznej pozwolą nam osłodzić trochę życie. Przepisy będę umieszczał trochę rzadziej, bo co za dużo to nie zdrowo :), ale zachęcam do regularnego sprawdzania.

środa, 3 lipca 2019

Grillowane banany z czekoladą w mikrofalówce

Ostatnio byłem na wyjeździe firmowym, którego kulminacyjnym momentem miała być konsumpcja, mająca trwać kilka godzin. W takich wypadkach, nie może zabraknąć jedzenia, którego podawanie będzie rozłożone w czasie, dlatego też ustala się wieloetapowe menu, takie jak lista odcinków serialu "Hannibal".
Gdzieś tam w okolicach końca, nie zawsze na końcu, jest deser. Z tymi ostatnimi daniami niestety jest tak, że pojawiają się na końcu imprezy i często mało osób w ogóle do nich doczekuje. Tym bardziej jeśli osoby, które pilnują ognia również biorą udział w imprezie :) Tak też stało się tym razem i banany z czekoladą, które miały zostać wrzucone na ruszt, zostały nieruszone. Najgorsza rzecz jaką można było teraz zrobić, to zmarnować jedzenie, dlatego nie dość, że składniki pojechały do firmy, to jeszcze zostały przygotowane zgodnie ze stanem pierwotnym, za pomocą urządzenia, którego koncepcja powstała w wojsku, a które znajduje się w zapleczach socjalnych wielu firm,  czyli kuchenki mikrofalowej, używanej ostatnio nawet do kontroli tłumu :) Danie wyjdzie niezależnie od tego, czy macie funkcję grilla.
Z jakiegoś dziwnego powodu, kiedy pytałem dziś osoby w biurze czy chcą banana w czekoladzie, patrzyli na mnie dziwnie i mówili, że to chyba jakaś podpucha :)

Składniki:
- banany
- gorzka czekolada


Wykonanie:
Banany obieramy, nacinamy wzdłuż do połowy głębokości i wciskamy w nie kostki czekolady. Wkładamy do mikrofali i tu zależy od mocy. Proponuje najpierw wsadzić na max. minutę, ewentualnie potem dorzucić 10 lub 20 sekund.

P.S.
Pamiętajcie, że chusteczka, którą wytrzemy czekoladę, fajnie wygląda na ziemi koło kosza we wspólnej łazience :)

czwartek, 6 czerwca 2019

Polska pana kota

Nie pamiętam kiedy to było dokładnie, wiem, że co najmniej 30 lat temu. Był taki rytuał, że chodziło się na obiad do babci. babcia miała to do siebie, że dobrze gotowała i zasadniczo był tam full serwis czyli nie mogło zabraknąć deseru. Często bywały torty, jak na wszystkie babcie przystało, z ciężkim kremem Rusell, ale nie tylko. Czasem był budyń, do którego, dla podkręcenia, wciskało się herbatniki, które kiedy namokły, stawały się niezłym dodatkiem. Była jedna rzecz, która była dla takiego kilkulatka jak ja nie do przeskoczenia. Skórka. Było to prawie takie samo zło jak kożuch na mleku. Choć mleko, z racji tego, że w przedszkolu dawali nam przypalone (jak ktoś nie wie jak pachnie przypalone mleko, to polecam :) ), samo w sobie już było złem. Babcia mi czasem tą skórkę ściągała, ale moja kuzynka, nie w ciemię bita, a przede wszystkim 7 lat ode mnie starsza, wymyśliła, że wystarczy taki budyń wyłożyć na talerzyk, z salaterki, do góry nogami.
Tak, Moi Drodzy, taka sztuczka była możliwa w latach 80-tych. Bo budyń był wtedy gęstszy :) Pamiętacie słynny wpis jednego bloggera, sprzed prawie 15 lat, w którym zwyzywał on jeden z czołowych koncernów produkujących artykuły spożywcze, które swoją nazwę zawdzięcza pewnemu aptekarzowi, który wypłynął dzięki sprzedaży proszku do pieczenia? Miał pretensje, że budyń jest za rzadki. Była z tego powodu dość gruba afera :) 
No cóż, abstrahując, od kwiecistego słownictwa, którym się posłużył, miał trochę racji. Dlaczego tak jest? Jak mówił Robert H. Frank Odpowiedź jest prosta - Ekonomia.
Uszczuplenie paczki budyniu choćby o gram proszku, daje gigantyczne oszczędności w dużej skali, podobnie jak zysk na materiale, kiedy standardem jeansów męskich stały się tzw. biodrówki.
Dlatego też, jeśli chcecie wykonać polską "pana kotę", musicie dać mniej mleka.

Składniki:
- 400 ml mleka
- paczka budyniu waniliowego
- syrop truskawkowy


Budyń przygotowujemy według opisu na opakowaniu, z tym, że dajemy mniej mleka (400 ml, nie 500). Wlewamy do salaterki. Czekamy aż ostygnie i schładzamy w lodówce. Obracamy do góry dnem i kładziemy na talerz. Podajemy z sokiem truskawkowym.

Orzeźwiające desery, koktajle i napoje


niedziela, 21 kwietnia 2019

Mazurek marcepanowy na gofrach

Tradycyjnym wypiekiem wielkanocnym jest mazurek. Ciasto, które jak sama nazwa wskazuje pochodzi z Turcji :) W związku z tym, że jest on tradycyjnie, nawet nie tyle pieczony, co przyrządzany na Wielkanoc, święto, które jest próbą przeniesienia żydowskiej paschy na europejski grunt, zapożyczając co prawda rodzime tradycje, jajka itp. , postanowiłem przygotować go z typowo tureckim nadzieniem, które zostało tam przyniesionym tam dzięki żydowskim osadnikom, czyli revani.

Składniki:
- mąka 
- olej
- kasza manna
- cukier
- aromat migdałowy
- szklanka jakiegoś mleka


Wykonanie:
Do mąki dodajemy trochę oleju i tyle wody, aby powstało nam gęste, ale lejące się ciasto, z którego pieczemy gofry.
Do szklanki mleka dodajemy 2,5 łyżki kaszy i doprowadzamy do wrzenia. Dodajemy cukru i aromaty migdałowego do smaku. Wylewamy na gofry i czekamy aż stężeje.

sobota, 29 grudnia 2018

Ziemniaczane Ferrero Rocher

Niejaki Fredric Jameson, amerykański socjolog, stworzył kiedyś pojecie Społeczeństwa Obrazkowego. W skrócie chodzi o to, że mało czytamy, a wiedzę na tematy wszelakie bierzemy z obrazków lub co najwyżej z małej ilości treści. Każda dłuższa treść przerasta możliwości poznawcze. W jeszcze większym skrócie. Nie chce się czytać, ale chce się patrzeć. W myśl tej zasady, to co wiemy o pralinkach, które właśnie mam Wam tu zamiar przedstawić to:
  • Wytwarzają w domach światło, powodując, że hasło spisek żarówkowy nabiera nowego znaczenia.
  • Są ulubionym daniem na przyjęciach ambasadora. Nie wiadomo jakiego, ale wiadomo, że żadnego z tych, których polscy studenci uczyli toastów.
  • Rozświetlają moment znacznie bardziej niż znany głównie z gier komputerowych granat M84
  • Znany z głównej roli w filmie Amerykański żigolak Richard Gere nosi takie w kieszeni chodząc na imprezę niczym miłośnik koni cukier w kostkach.
Podsumowując akcję ziemniaczaną zrobiłem takie z jednego z moich ulubionych warzyw. 

Składniki:
- 3 duże  ziemniaki
- orzechy laskowe - można je mieć za darmo o ile nazbieraliście je w polskich lasach lub parkach wczesną jesienią
- tabliczka gorzkiej czekolady - ją też można mieć za darmo jeśli poszliście oddać krew
- cukier 
- kakao


Wykonanie:
Ziemniaki obieramy, kroimy, gotujemy, odsączamy i studzimy. Czekoladę roztapiamy w kąpieli wodnej lub w mikrofalówce i mieszamy ze zmiksowanymi ziemniakami. Dodajemy cukru wedle uznania i trochę kakao. 
Orzechy pozbawiamy łupin. Część z nich szatkujemy na drobniejsze części.
Ziemniaczaną masę wstawiamy na godzinę do lodówki, żeby nam się nią łatwiej operowało. Bierzemy trochę do ręki. Formujemy kulkę, do której wkładamy całego orzecha i obtaczamy w kawałkach innych orzechów.

335 lat ziemniaka na polskiej ziemi

335 lat ziemniaka na polskiej ziemi

poniedziałek, 12 listopada 2018

Black Salami i Gwarkowa Perć

Wczoraj, korzystając z ładnej pogody postanowiłem się wybrać na wycieczkę do Gór Opawskich, których sztandarową atrakcją jest Gwarkowa Perć. Oczywiście, jak nakazuje świecka tradycja, trzeba było przygotować coś specjalnego na drogę :) Cała trasa wyglądała tak (ok. 15,5 km).


Podejście warto zacząć od parkingu przy ośrodku Ziemowit w miejscowości Jarnołtówek. Piszę, bo wszystko nie jest najlepiej oznaczone. My osobiście kierowaliśmy się strasznie nudną trasą, powiedziałbym taką parkowo-rodzinną na Biskupią Kopę, gdzie znajduje się schronisko. Po drodze, jak na nudną trasę przystało, nudne widoki :)



Schronisko jest udekorowane ciekawymi rzeźbami. Np. tu obok siebie chrześcijańscy mnisi i  rodzimy Świętowid. Pełna tolerancja.


Widok z niego był raczej dołujący niż ładny, bo na szczytach, z jakiegoś powodu nie było drzew. 


Od czasu do czasu na trasie znajdowały się atrakcje takie jak ta, nazwana Kamiennym Mostem.


No i tak się idzie zielonym łatwym szlakiem przez las, mijając ciekawe kamienne mostki, aż dochodzi się do głównej atrakcji. W tym momencie, gdybyśmy byli w grze komputerowej lub w filmie, muzyka stałaby się bardziej dynamiczna :) Oczom ukazuje się trasa, gdzie trzeba się nieco wysilić i trochę uważać, bo kąt nachylenia jest spory.


Czego finałem jest drabina. Może nie taka wysoka jak w Słowackim Raju, ale niektórzy mieli problemy z jej pokonaniem.


W tej okolicy znajduje się też sporo jaskiń, w których zimują nietoperze. Czasem nietoperze zimują też w piwnicach. Pamiętajcie! Nie ruszamy ich. Im jest dobrze i nie przeszkadza im to, że od czasu do czasu zejdziemy po słoiki. Nietoperze są spoko - jedzą komary!


Następnie spotykamy "Piekiełko". jakby kktoś miał wątpliwości, to jest odpowiednio oznaczone :)


Idziemy dalej żółtym szlakiem, z czego jest on już znacznie bardziej widowiskowy.


Trzeba jeszcze dojść do parkingu. Po drodze Most Zakochanych, niezbyt okazały :)


Oraz ciekawy opuszczony ośrodek wczasowy i to z basenem.


Oczywiście górskie trasy są energożerne, w związku z czym wymagają odpowiedniego prowiantu. Postanowiłem przygotować domowe batony energetyczno-białkowe, które wyglądają jak słynne kiełbasy, tyle, że ciemniejsze. Stad ich nazwa. Na zdjęciu przekrój poprzeczny.

Składniki:
- paczka daktyli
- garść orzechów
- łyżka kakao
- trochę oleju


Wykonanie:
Daktyle i orzechy miksujemy razem. Dodajemy kakao i jeśli wszystko jest za suche i się nie klei, to trochę oleju. Z masy formujemy podłużne ruloniki, które zawijamy w papier i chowamy do plecaka. Żadna pogoda mu nie straszna, dlatego baton jest uniwersalny na każdą porę roku.

wtorek, 23 października 2018

Romulańskie Ale

Romulanie to humanoidalna rasa zamieszkująca uniwersum Star Trek, o którym więcej pisałem tutaj.
Ich historia przedstawia się następująco. Kiedy Wolkanie, zamieszkujący, jak sama nazwa wskazuje planetę Wolkan, w wyniku wojny, omal nie doprowadzili do eksterminacji całego swojego gatunku, postanowili przyjąć filozofię życiową, w myśl której odrzucają wszelkie emocje, a kierują się tylko logiką. Ta część, która nie chciała podporządkować się tej ideologii opuściła rodzinną planetę i skolonizowała inny świat. Z racji tego, że wykształcali się w innym środowisku, odznaczają się trochę innymi cechami fizycznymi. Mają natomiast zupełnie różny system społeczny - cywilizację militarną. 
Wiadomo, że Romulańskie Ale jest bardzo mocne, niebieskie i w pewnym okresie zakazane na ziemi. Oto moja wersja tego trunku :)

Składniki:
- 0,7 litra czystego samogonu (opcjonalnie może być wódka)
- paczka niebieskich cukierków o smaku "lodu"


Wykonanie:
Cukierki wrzucamy do garnka i dolewamy trochę wody. Podgrzewamy do momentu, aż cukierki się rozpuszczą i mieszamy z alkoholem. Całość przelewamy do butelek.

wtorek, 14 sierpnia 2018

Bezglutenowe Zwetschgenkuchen

Wpis powstał przy okazji dość tragicznej, bo ciasto zostało przygotowane na stypę. Tak się ostatnio złożyło, że zmarł mój dziadek. Co prawda każdy kiedyś umrze, a prawdopodobieństwo tego, że dziadek (o ile nie umarł przed Waszym urodzeniem) umrze za Waszego życia jest znacznie większe niż to, że Wy umrzecie za jego, ale i tak, pomimo, że żyjemy w kulturze, w której powinniśmy się z tego cieszyć, zawsze jest to problem, na który nie byliśmy przygotowani. Dla mnie był to problem o tyle, że dziadka cechowała bezpośredniość i specyficzne poczucie humoru, które możecie za sprawą moich blogów zaobserwować u mnie. Także mieliśmy wspólne zrozumienie.
Na stypie, przy okazji rozmowy o dzieciach, których ja nie mam, a przynajmniej mi o tym nie wiadomo, ciocia powiedziała, że to, że ona ma to nie jest jedyna słuszna droga, bo nie dla każdego recepta na szczęście jest taka sama. Parafrazując, każdy może przeżywać śmierć drugiej osoby na swój sposób. Jeden będzie płakał nad grobem, a inny namaluje obraz.
Wracając do stypy. Pogrzeby co do zasady są nagłe. Nagle też trzeba załatwiać lokal. Lokal bierze się wtedy taki jaki jest, a nie taki jaki się marzy. Nie wszystkie uroczystości odbywają się w dużych miastach w których "wszystko jest". Co nie zmienia faktu, że mamy XXI wiek i nie można pozwolić na to, żeby ktoś z uwagi na to, że czegoś nie może jeść był poszkodowany. Do tego jeszcze dostałem reklamówkę śliwek z działki od dziadka i postanowiłem przygotować to ciasto.
Dość już tego wprowadzenia, bo tak jak i ja się nie przejąłem, że dzień wcześniej zginęło 150 tys ludzi, tak i Was niespecjalnie interesuje śmierć kogoś kogo nie znaliście.

Zapewne samo ciasto bardziej Was zainteresuje. Ciasto ma rodowód niemiecki. a z uwagi na to, że Niemcy, wbrew pozorom są bardzo zróżnicowanym krajem pod względem kulturowym (nie bez przyczyny nazywają się FEDERALNĄ Republiką) to i ciasto ma wiele nazw. Nazywane jest też Pflaumenkuchen a w Augsburgu, gdzie stało się pewnym symbolem miasta, ze względu na strukturę przypominającą, będącą na herbie szyszkę, nazywane jest Zwetschgendatschi.

Składniki:
- 1 i 3/4 szklanki mąki kukurydzianej
- pół szklanki mąki ziemniaczanej
- pół szklanki cukru
- kostka margaryny
- śliwki (ciemne i podłużne)


Wykonanie:
Z mąki, cukru i margaryny ugniatamy ciasto. Wykładamy blachę warstwą ciasta i układamy na niej  rzędami pionowo, lekko pochylone połówki śliwek.
Piekłem pół godziny w temperaturze 180 stopni Celsjusza.