czwartek, 5 listopada 2015

Czekoladowe ciasto z kawałkami pigwy pokryte kremem dyniowym

Na wstępie trzeba napisać jaka jest różnica między pigwą, a pigwowcem.
To co rośnie w polskich parkach i wydaje na świat małe żółte owoce o bardzo kwaśnym smaku to pigwowiec. Bardzo często stosowany jako zamiennik cytryny w herbacie. I nic dziwnego, bo cytryna nie dorasta mu do pięt jeśli chodzi o właściwości zdrowotne.
Pigwa to owoc wielkości małych jabłek. Nie tak kwaśny w smaku i mający zdecydowanie więcej miąższu. Kiedy ugryzłem ją po raz pierwszy to pomyślałem, że prawie jak kwaśne twarde jabłko. Prawdziwy aromat uwolnił się podczas pieczenia. Wypas.
Tak się składa, że dostałem trochę tych owoców wyhodowanych w polskim sadzie.
 
Nie będę się powtarzał jak głupie jest obchodzenie święta na podstawie sugestii z mało ambitnego kina, bo pisałem o tym nie raz. Dorzucę tylko włoskie hasło: NIE MALTRETUJMY DYŃ,  ZJEDZMY JE. Dlatego korzystając z tego,  że dynie są tak tanie postanowiłem zaopatrzyć się w jedną sztukę i przerobić ją na coś dobrego do jedzenia.
Jak już ktoś bardzo chce obchodzić ten irlandzki (tak irlandzki) zwyczaj i zrobił wcześniej z dyni głowę skąpego Jacka to niech jej chociaż nie wyrzuca :) Też się nada.

Składniki:

Ciasto
 - 2 szklanki mąki
 - szklanka cukru
 - 1 i 2/3 szklanki wody
 - 1/4 szklanki oleju
 - 2 łyżki kakao
 - 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
 - 8 - 10 owoców pigwy

Krem
- około kilogramowa dynia
- 4 łyżki cukru
- 4 łyżki mąki


Wykonanie:
Pigwę obieramy, kroimy na ćwiartki, usuwamy nasiona i kroimy w kostkę. Mieszamy ją z pozostałymi składnikami na ciasto, pamiętając, aby proszek do pieczenia wsypać jako ostatni. Wlewamy masę do tortownicy, a ją samą umieszczamy w rozgrzanym do 180 stopni piekarniku i zostawiamy ją na jakieś 40-45 minut. Jeśli na cieście zrobi się nam górka to ją ścinamy nożem wyrównując poziom. Po wszystkim wkładamy ciasto z powrotem do tortownicy.
Dynię obieramy, usuwamy nasiona i kroimy w kostkę. Gotujemy w małej ilości wody aż będzie bardzo miękka. Odlewamy trochę wody, studzimy i rozpuszczamy w niej mąkę. Dynie ugniatamy tłuczkiem do ziemniaków. Wlewamy do niej wodę z mąką i doprowadzamy do wrzenia cały czas mieszając. Powinno nam zgęstnieć. Wylewamy masę na ciasto i chłodzimy.
Jesienne słodkości!

niedziela, 27 września 2015

Bezglutenowe ciasto bobo-fruit

Na zrobienie tego ciasta nałożyło się kilka przyczyn.
  • pierwsza - dostałem od sąsiadki miskę brzoskwiń
  • druga - została mi dynia z przepisu, który był tutaj
  • trzecia - wyzwanie, tutaj wyjaśnię. Jak wiadomo dobry mechanik to skarb. Ja mam to szczęście, że znalazłem takiego mechanika. Diagnozuje lepiej niż serwis :) W każdym razie, jego córka nie toleruje glutenu i jest na specjalnej diecie. Żalił mi się bardzo, że te ciasta z paczki są strasznie niedobre, a przede wszystkim suche. Powiedziałem mu, że zrobię mu takie ciasto i na pewno będzie mu smakowało. No i smakowało :)
  • czwarta - smak dzieciństwa :)

Kiedyś już eksperymentowałem z kaszą jaglaną, co prawda na kruchym spodzie, ale już mniej więcej wiedziałem jak się zachowa i postanowiłem pójść w tym kierunku. Postanowiłem wzorować się na przepisie tym tutaj.
Z wyniesionego tam doświadczenia wiedziałem, że owoce używane do tego typu ciasta muszą być bardzo soczyste. Całe szczęście jabłka  i brzoskwinie były. 
Postanowiłem odtworzyć smak z dzieciństwa, który serwowała mi babcia, która była kierowniczką sklepu mięsnego, a dzięki temu mogła wiele załatwić, w tym wspomniane bobo-fruity :) Pomieszałem dynię, jabłko i brzoskwinię.

- 3 szklanki startych drobno, pomieszanych ze sobą brzoskwiń, dyni i jabłek
- 2 szklanki kaszy jaglanej
- trochę cukru (w zależności od preferencji)


Wykonanie:
Starte owoce mieszamy z kaszą jaglaną i dosładzamy cukrem.  Wkładamy do keksówki, a nią samą do nagrzanego do 180 stopni piekarnika. Po godzinie powinna być dobra. Nie ruszać aż ostygnie! polecam wyłożyć formę papierem, bo owoce karmelizują i może się przykleić, a przez to będzie trudne do wyjęcia.


Jesienne słodkości!

poniedziałek, 7 września 2015

Batony górskie i wyprawa na koniec świata

Batony górskie, choć smaczne, przygotowywane są zazwyczaj na specjalne okazje. Przy czym nie mam tu na myśli urodzin, a momenty, w których wykazujemy wzmożoną aktywność fizyczną. Niekoniecznie chodzi o górskie wędrówki, bo równie dobrze mogą to być zawody sportowe, natomiast w przypadku wędrówek sprawdzają się najlepiej, bo nie zajmują wiele cennego miejsca w plecaku, a ich specyfika pozwala nam w tak małej przestrzeni zamknąć wiele wartości odżywczych.
Moje batony przygotowałem przy okazji jednej z moich wędrówek. O górskich wędrówkach możnaby pisać i pisać, ale nie jest to blog podróżniczo-lifestyllowy dlatego relację zdam tylko z najciekawszego, moim zdaniem, etapu – wędrówki na koniec świata, bo miejsce wpisuje się trochę w kryzysowy charakter bloga :) W myśl zasady, że kontekst stworzenia batoników jest równie ważny.

Pogoda była raczej barowa niż turystyczna, dlatego trasę zacząłem w kultowym bieszczadzkim barze - Siekierezada od, początkowo tak sądziłem, lokalnego piwa, produkowanego, jak się później okazało w Raciborzu :) Pokrzepiony ruszyłem na szlak.


Było kilka plusów takiej pogody. Najważniejszy to taki, że nie spotkałem po drodze ani jednego turysty, choć to mogło też być wynikiem samej, niezbyt popularnej trasy. Drugim było to, że można było spotkać takie oto salamandry plamiste. Co prawda, zmuszało to do dodatkowej uwagi, bo głupio by było rozdeptać tak rzadkie i ładne zwierzątko, a nie należą one do zbyt szybkich stworzeń, ale widok wynagradzał. Jelenie też były, ale ich szybkość reakcji była szybsza niż moja dlatego zdjęć brak:)


Po drodze na mijanych szczytach nagroda – batonik. Sam przepis jest banalny. Jak widać na załączonym obrazku można było dosłownie bujać w obłokach :)

Składniki:
- przejrzałe banany z promocji :)
- płatki owsiane, oczywiście górskie :)
- inne – w tym miejscu ludzie dodają swoje ulubione dodatki smakowe, jak bakalie, kakao itp. lub wspomagające jego wartość, jak preparaty białkowe. Pole do popisu jest ogromne.


Wykonanie:
Banany rozgniatamy widelcem. Im bardziej dojrzałe (mokre) tym lepiej. Dlatego kiedy pisałem o przejrzałych bananach nie miałem na myśli tylko, tak istotnych na tym blogu, względów ekonomicznych. Mieszamy w proporcjach, średni banan na ¾ szklanki płatków. Ewentualnie trochę dodatków, ale to z wyczuciem :) Ja do moich dodałem trochę pestek z dyni i kakao. Formujemy batony, kładziemy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia i pieczemy w piekarniku rozgrzanym do około 180 stopni przez około pół godziny.

Sam „koniec świata” to nazwa adekwatna do tego miejsca. Samo schronisko istnieje od 1981 i pewnie niewiele się tam od tego czasu zmieniło. Przekrój gości przeróżny. Od ludzi lubiących się uspokoić w głuszy, przez ciekawskich kolekcjonerów doznań, po nastolatków walczących z ewentualnymi potomkami ZOMO :)
Prądu brak, nie licząc małego panelu solarnego, który wystarcza na kilka LEDów. Reszta światła za pomocą świeczek i latarek. Woda jest ze studni, uzdatniana do spożycia za pomocą flizelinowo-kwarcowego (piaskowego) filtra.



Do dyspozycji gości jest pełnowartościowa kuchnia. Naczynia, sztućce, garnki i palenisko, także każdy amator gotowania może się czuć tam dobrze.

 
Jeśli ktoś nie ma pomysłu, to na miejscu jest dostępna diajłajowa książka kucharska sukcesywnie uzupełniana przez gości. Ja również skorzystałem z tego przywileju :)


Miejsce jest bardzo urokliwe. Nawet wilkom się podoba, dlatego czasem podchodzą. Ilość odblasków, poumieszczanych wokół, odbijających światło od latarki powoduje, że idą sobie jak tylko wychodzimy na zewnątrz. W okolicy warto zobaczyć również stary cmentarz powoli wchłaniany przez naturę. Tylko radzę w dzień :)




niedziela, 26 lipca 2015

Ciasto odwrócone - jagodowe.

Z okazji 900 polubień na fanpagu miałem zamieścić jakiś specjalny deser. Wspominałem coś o borówkowym, ale warunkiem miało być ich zdobycie. Niestety nie zdobyłem czerwonych borówek, za to całkiem sporo czarnych. Czarne można zebrać za darmo w lesie, kupić od przedsiębiorczych zbieraczy zajmujących stanowiska przy drogach krajowych lub na rynku. Z czego ta ostatnia opcja wyjdzie najdrożej :)
Postanowiłem zrobić ciasto odwrócone. Wymyślenie tego typu ciast kultura masowa przypisała pewnej brytyjskiej celebrytce, której mąż załatwił program kulinarny, a która następnie podbiła większość anglosaskiego świata, głównie za sprawą nie tego co gotuje, a jak gotuje, przerywając czasem akcję i zwracając się do kamery w sposób który próbują naśladować aktorki filmów dla dorosłych przy czynności nazywanej kulinarnym żargonem :)
W każdym razie ciasto jest dużo starsze niż wspomniana celebrytka, a nawet starsze niż jej rodzice. Pierwsze ślady wskazują na lata dwudzieste i zrobione zostało z ananasów. Jako, że wielu ludzi bierze swoją wiedzę na temat otaczającego je świata z telewizji, jak niemieckie dzieci zapytane o kolor krowy i odpowiadające, że fioletowy, tak i ciasto zostało bardzo odmłodzone.
Ananas ma to do siebie, że podgrzewany nie zmienia swojej struktury. Co innego jagody. Niemniej jednak choć jest trudniej, możemy uzyskać ciekawy efekt zżelowanej masy.

Składniki (mała tortownica 22 cm):
- 40 dag jagód
- pół margaryny
- 1,5 szklanki cukru
- 2 szklanki mąki
- szklanka wody
- pół aromatu waniliowego
- 1/3 szklanki oleju
- 1,5 łyżeczki proszku to pieczenia
- łyżka octu

Wykonanie:
Na dnie tortownicy umieszczamy papier do pieczenia. Jagody myjemy i wsypujemy do tortownicy. Margarynę rozpuszczamy i mieszamy ją z połową szklanki cukru. Wlewamy masę na jagody.
Mąkę, wodę, cukier, olej i aromat mieszamy dobrze ze sobą. Wsypujemy proszek do pieczenia i mieszamy, a potem jeszcze ocet i znów mieszamy. Taką masę wlewamy na jagody. Umieszczamy wszystko w nagrzanym do 180 stopni piekarniku na jakieś 45 minut.
Teraz UWAGA! Polecam umieścić na półce blaszce nie na kracie, bo masa może trochę wycieknąć, a półkę znacznie lepiej się czyści niż cały piekarnik :)
PiknikLetnie owoceUczta pod gołym niebem

czwartek, 28 maja 2015

Tort Dobosa, Smith Island cake ewentualnie Prinzregententorte

Mianownikiem wspólnym dla wszystkich są cienkie warstwy przełożone czekoladowym kremem. Oczywiście wszystkie proponuję w wersji kryzysowej, z naleśników zamiast biszkoptu :) W zależności od tego ile warstw użyjemy, taka wersję dostaniemy.
Tort Dobosa. Wymyślenie tego tortu przypisuje się węgierskiemu cukiernikowi Józefowi Dobosowi, który zaprezentował go cesarzowi Franciszkowi Józefowi w 1885 roku. Jest to 7 cienkich warstw przełożonych kremem czekoladowym typu Russel. Sam wierzch tortu daje nam duże pole do popisu, bo istnieje wiele wariacji na ten temat.
Smith Island cake. Maryland to jeden z 50 stanów (głównych jednostek administracyjnych) USA. Bardzo lubią marki więc mają własnego kota, a nawet robaka. Nic dziwnego, że zechcieli mieć własny deser. Od wyżej wymienionego tortu różni się tym, że zamiast siedmiu warstw ma ich od 8 do 15, co jest zrozumiałe, bo Amerykanie wszystko mają większe :) W jego przypadku użycie naleśników jest bardziej uzasadnione, bo nie zawsze tort jest robiony z biszkoptów. Ważne jest, aby był żółty z brązowym kremem.
Prinzregententorte. Ten, podobnie jak pierwszy, ma 7 warstw, ale różnica polega na tym, że dodaje się do niego dżemu morelowego, a na wierzchu będzie polewa czekoladowa. Powstał w 1886 roku na cześć Księcia Regenta Bawarii Lutipolda, czemu zawdzięcza swoją nazwę. Mówi się, że był on pierwowzorem drugiego tortu, co, zważywszy na to jak wielki wpływ na Stany Zjednoczone miała kultura niemiecka (na płaszczyźnie kulinarnej choćby hamburger), wydaje się prawdopodobne.

Składniki:
- mąka
- woda
- olej
- cukier
- 2 kostki margaryny
- 3/4 opakowania kakao
- 3 ziemniaki


Wykonanie:
Z mąki i wody robimy lejące się ciasto naleśnikowe, do którego dodajemy trochę oleju i cukru. Smażymy tyle naleśników ile ma być warstw, z tym, że jeśli ktoś jest fanem super cienkich naleśników, tak jak ja, to musi usmażyć nieco grubsze niż zazwyczaj.
Ziemniaki obieramy, gotujemy i studzimy. Margarynę zmiksować z kakao i ziemniakami, które nadadzą kremowi ciekawą konsystencję. Układamy naleśniki na sobie przekładając kremem.

Kuchnia Ameryki Północnej 2015Kuchnia Ameryki Północnej 2015

sobota, 25 kwietnia 2015

Tort marchewkowy

Z okazji tego, że tak szybko stuknęło mi 300 lików na fanpagu "Deserów", ale bardziej dlatego, że pani Iwona wygrzebała z piwnicy swoje Commodore C64 i mi je podarowała, postanowiłem zrobić ciasto, które wielu ludziom kojarzy się z ciężkimi czasami. Okazało się, że pani Iwona nie lubi cynamonu, ale, na szczęście ma jeszcze męża i dzieci :) W każdym razie chciałbym jej jeszcze raz oficjalnie podziękować :)
Ciasto pochodzi co prawda z XIX wiecznej Szwajcarii, ale swoje 5 a nawet 15 minut miało w czasach kiedy brakowało wiele składników, z racji tego, że marchewka ma bardzo dużą zawartość cukru. Do tego dobrze pasuje jakiś biały krem. Mascarpone jest za drogie więc użyłem budyniu.
Kiedyś jeden pan na hasło "ciasto marchewkowe" odpowiedział : Aaaa, ciasto marchewkowe, robiliśmy je jak nie mieliśmy pieniędzy.

Składniki:
Na ciasto:
- szklanka tartej drobno marchewki
- 2 szklanki mąki
- szklanka wody
- pół szklanki cukru
- łyżka cynamonu
- 1/4 szklanki oleju
- 2 łyżeczki proszku do pieczenia
- łyżka octu
Na krem:
- 0,75 l jakiegoś mleka
- 2 budynie śmietankowe
- 2 łyżki cukru


Wykonanie:
Składniki na ciasto mieszamy ze sobą. Istotna jest kolejność, a właściwie to, żeby proszek do pieczenia i ocet zostały dodane na końcu. Umieszczamy masę w małej tortownicy, a ją samą w nagrzanym do 180 stopni piekarniku na 40 minut.
Gotujemy 0,5 l mleka. W pozostałej części rozpuszczamy budyń i cukier, a następnie wlewamy to do gotującego się mleka, energicznie mieszając. Studzimy.
Ciasto wyjmujemy, przekrajamy w połowie na dwa koła i przekładamy budyniem.


Marchewkowy zawrót głowyMarchewkowy zawrót głowyWiosenne słodkości!

piątek, 3 kwietnia 2015

Kryzysowy mazurek marcepanowo-wiśniowy z kotkami - bez pieczenia

Mazurek czyli tradycyjne ... tureckie ciasto, które przywędrowało do nas, jak się powszechnie uważa, w XVII wieku, czyli w czasie kryzysu w Tursji, który spowodował wielką krucjatęj na zachodnią Europę. Nas ominęli, bo po co się mieli przemęczać :) Nie zmienia to faktu, że postanowiliśmy się z nimi jednak spotkać na placu boju, odnosząc jedno z naszych największych zwycięstw, które okazało się naszą wielką porażką. Turcy wrócili do siebie, ale mazurek pozostał i gości na naszych stołach do dziś będąc symbolem nagrody, jaka spotyka nas za wstrzemięźliwość, mającą miejsce w czasie wielkiego postu. Kto wie? Może kiedyś kebab będzie tradycyjnym polskim daniem ?:)
Mazurek jest o tyle wdzięcznym materiałem, że przy produkcji ogranicza nas tylko wyobraźnia, dlatego stał się on niejako kucharską wizytówką, bo co twórca to mazurek. Ja zrobiłem własną kryzysową wersję posiłkując się pomysłem, który krąży po sieci od dawna czyli na spodzie waflowym.
Do dekoracji symbol tego okresu - wierzbowe kotki - jak najbardziej jadalne. Kiedyś zakonnica, która prowadziła mi w podstawówce lekcje religii powiedziała mi, że zjedzenie poświęconego w czasie niedzieli palmowej kotka spowoduję, ze wyzdrowieję. Teraz wiem, że miała rację z tym, że z niepoświęconymi też działa :) Pyłki, które się na nich znajdują działają przeciwzapalnie na gardło.

Składniki:
- andruty
- ziemniaki
- cukier
- aromat migdałowy
- kasza manna
- dżem wiśniowy
- bazie wierzbowe


Wykonanie:
Przygotowujemy 3 andruty. Przygotowujemy, bo ja na przykład chciałem żeby mazurek był prostokątny, a nie kwadratowy, dlatego trzeb je było przyciąć. 
Ziemniaki gotujemy, gnieciemy, mocno słodzimy i doprawiamy aromatem migdałowym. Zagęszczamy lekko kaszą i czekamy aż trochę ostygnie. Smarujemy masą pierwszego andruta, na niego kładziemy drugiego. Jego też smarujemy masą i kładziemy na niego trzeciego, ale tego ostatniego smarujemy dżemem. Wybrałem wiśniowy, bo dobrze się komponuje z wiśniami. 
Na brzegach umieszczamy resztę masy.
Dekorujemy baziami czy czymkolwiek chcemy. Ja chciałem jeszcze kwiatki, ale jest za zimno i nie znalazłem.
Wielkanocne Smaki - edycja VWielkanocne Smaki - edycja VWegetariańska Wielkanoc 2015

niedziela, 29 marca 2015

Clafoutis rumowe z burakami cukrowymi

Miałem jeszcze w bagażniku zapas czytaj jedną sztukę buraka cukrowego, którego woziłem od zimy. Temperatura sprzyjała jego zakonserwowaniu więc postanowiłem go wykorzystać.
Zrobiłem francuski deser clafoutis, o którym pierwszy raz usłyszałem na sztuce Yasminy Rezy "Bóg mordu", na podstawie której powstał później film "Rzeź" słynnego ostatnio Romana Polańskiego tyle, że w filmie zmieniono clafoutis na cobbler :) Pewnie dlatego, że akcja nie działa się już we Francji tylko w USA.
Sam deser to, technicznie rzecz biorąc, cienki placek, w którym duża ilość owoców posklejana jest ze sobą za pomocą ciasta. Powstał gdzieś w okolicy XIX wieku, a jego nazwa pochodzi od oksytańskiego słowa clafir co znaczy wypełnić.
Burak cukrowy skojarzył mi się z melasą, ona z rumem, rum z kakao i tak powstało takie coś :)

Składniki:
- burak cukrowy
- aromat rumowy
- mąka
- łyżka kakao
- łyżeczka proszku do pieczenia
- 2 łyżki oleju
- margaryna i wiórki kokosowe (opcjonalnie)


Wykonanie:
Buraka kroimy w kostkę i gotujemy. Wyciągamy z wody i studzimy. Wodę zostawiamy! Będzie nam potrzebna do słodzenia deseru. Ostudzone kawałki buraka wrzucamy do miski i zasypujemy lekko mąką. Dodajemy trochę wody po buraku i mieszamy. Idea jest taka, żeby kawałki buraka były ze sobą pozlepiane małą ilością gęstego, ale lejącego się ciasta. Dodajemy 1/3 aromatu, olej  i proszek do pieczenia i jeszcze raz mieszamy. Wkładamy masę do tortownicy. Ja swoją wysmarowałem margaryną i posypałem wiórkami kokosowymi, bo tak mi jakoś pasowało, ale nie jest to konieczne. Wkładamy tortownicę do nagrzanego piekarnika. Poziom - 180 stopni. Czas - ok. 15 min.

sobota, 14 marca 2015

Apple Pi z okazji międzynarodowego dnia liczby Pi - bez pieczenia

O liczbie π słyszał chyba każdy. Wyliczyć ją można dzieląc obwód koła przez jego średnicę. Otrzymany wynik jest liczbą niewymierną zaczynającą się do 3,1415. Dlatego właśnie dziś, zgodnie z amerykańskim systemem zapisu daty (3.14.15), przypada dzień liczby pi. Dzień jest obchodzony co roku 14 marca, ale ze względu na specyfikę tej liczby, w tym roku jest wyjątkowy. Niestety musimy się zastosować do zapisu amerykańskiego, bo nie mamy czternastego miesiąca :) 
W Polsce był obchodzony głównie wczoraj, ale jeszcze nie jest tak popularny, żeby zarówno uczniowie/studenci jak i nauczyciele przyszli w sobotę do szkoły :)
Co prawda jestem sceptycznie nastawiony do świat wymyślanych przez Amerykanów, ale tylko wtedy kiedy przyjmujemy je bezmyślnie zapominając o naszych własnych. To jest całkiem fajne, bo mało popularne i składnia do myślenia :)
Dlaczego liczba Pi jest taka fascynująca? Dlatego, że, co prawda, pierwsza znana prezentacja jej wartości miała miejsce w III w. p. n. e. przez Archimedesa, a potem z dokładniejszym wynikiem w XVI wieku przez Ludolph van Ceulen (gdzie długo nosiła nazwę ludolfina), to liczby tej można się doszukać już podczas budowy piramid egipskich. 
Zważywszy, że wszystko co nas otacza można zapisać za pomocą liczb wielu ludzi stara się szukać wzorów odpowiadających za funkcjonowanie wszechświata, a co za tym idzie, do prognozowania zdarzeń. Mieliśmy taki przykład w znanym filmie Darrena Aronowsky'ego. Niektórzy wierzą, że jest to liczba wyjaśniająca wszystkie prawidłowości rządzące wszechświatem czy nawet wskazująca sens życia. Niestety jeszcze poza naszym zasięgiem gdyż nie dysponujemy jeszcze sprzętem takim jak wielki komputer Głęboka Myśl z książki Douglasa Adamsa Autostopem przez Galaktykę, a i nawet jemu obliczenie liczby 42 stanowiącej według niego sens życia zajęło wiele lat :)
Nie dziwi zatem że jest to liczba kultowa i można się jej doszukać nawet w gastronomi. 
Jeśli przeczytamy pi po angielsku, będzie miało taki sam wydźwięk fonetyczny jak "pie" angielska tarta, która notabene jest okrągła. Dlatego też daniem upamiętniającym liczbę pi jest tradycyjny okrągły apple pie. W mojej wersji mniej tradycyjny, bo kryzysowy i bez pieczenia.

Składniki
- 300 g płatków owsianych
- kostka margaryny
- 1,5 kg jabłek
- 3 łyżki mąki ziemniaczanej
- cukier
- cynamon


Wykonanie:
Margarynę rozpuszczamy w rondlu i wsypujemy do niej płatki owsiane i trochę cukru. Ugniatamy ciasto i wykładamy nim formę do tarty. 
Jabłka obieramy, kroimy w małą kostkę i smażymy w garnku. Dosypujemy cukier i cynamon. Kiedy będą miękkie dolewamy rozpuszczoną w połowie szklanki zimnej wody mąkę ziemniaczaną i energicznie mieszamy. Tak powstałą masę wlewamy na spód z płatków i odstawiamy w zimne miejsce.

czwartek, 12 lutego 2015

Moje uśmiechnięte chrusty

Nie napisałem faworki, bo nazwa zobowiązuje do kształtu wstążki. Są chrusty bo są chrupiące. Gałęzie też nie zawsze są długie :)
Coroczna świecka tradycja, tłusty czwartek, polegająca na masowym obżarstwie. Tyle, że tu nie jestem pewien co, niezależnie od wyznania lub jego braku, powoduje tak ogromną popularność tej tradycji. Czy jest to fakt, że po prostu lubimy jeść, czy może jest to chęć uczestnictwa w zjawiskach masowych. Niezależnie od powodu zauważyłem, że masowe kupowanie pączków zaczęło się już tydzień wcześniej. Nie wiem czy ludzie dali sobie wmówić, że tłusty czwartek był wcześniej, po to żeby tydzień później całą akcję powtórzyć, a może gromadzili zapasy, gdzie przy ilości różnych specyfików w niektórych paczkowanych pączkach mogli mieć pewność, że będą świeże przez cały tydzień :)  Może jednak powód jest dużo prostszy, wskazana wcześniej, miłość do jedzenia.
Ja poszedłem w inną stronę. Potrzebowałem czegoś takiego ze względu na chorobę oraz dość nieprzyjemnymi warunkami atmosferycznymi.

Składniki:
- pół kostki margaryny
- pół paczki mąki
- trochę więcej niż pół szklanki wody (czy jak to mawiała Solska "większe pół")
 - 2 łyżki cukru


Wykonanie:
Margarynę rozpuszczamy i dosypujemy do niej mąki. Mieszamy tak długo, aż mąka się nam zatłuści w miarę jednolicie. Dodajemy cukier i wodę. Wałkujemy cienko na stolnicy i wycinamy dowolne kształty. Mogą być faworki, a mogą być takie jak moje, jeśli ktoś się zaopatrzył w foremki. Wrzucamy na gorący głęboki olej i wyjmujemy jak będą brązowe. Ja lubię ciemniejsze :)
Karnawałowe Słodkości!

WEGAŃSKIE ŁAKOCIEOrganizator: WEGANON