Desery na depresję to kolejna odsłona Kryzysowej Książki Kucharskiej. Tym razem skupiam się na deserach, które w czasie depresji ekonomicznej pozwolą nam osłodzić trochę życie. Przepisy będę umieszczał trochę rzadziej, bo co za dużo to nie zdrowo :), ale zachęcam do regularnego sprawdzania.

poniedziałek, 12 listopada 2018

Black Salami i Gwarkowa Perć

Wczoraj, korzystając z ładnej pogody postanowiłem się wybrać na wycieczkę do Gór Opawskich, których sztandarową atrakcją jest Gwarkowa Perć. Oczywiście, jak nakazuje świecka tradycja, trzeba było przygotować coś specjalnego na drogę :) Cała trasa wyglądała tak (ok. 15,5 km).


Podejście warto zacząć od parkingu przy ośrodku Ziemowit w miejscowości Jarnołtówek. Piszę, bo wszystko nie jest najlepiej oznaczone. My osobiście kierowaliśmy się strasznie nudną trasą, powiedziałbym taką parkowo-rodzinną na Biskupią Kopę, gdzie znajduje się schronisko. Po drodze, jak na nudną trasę przystało, nudne widoki :)



Schronisko jest udekorowane ciekawymi rzeźbami. Np. tu obok siebie chrześcijańscy mnisi i  rodzimy Świętowid. Pełna tolerancja.


Widok z niego był raczej dołujący niż ładny, bo na szczytach, z jakiegoś powodu nie było drzew. 


Od czasu do czasu na trasie znajdowały się atrakcje takie jak ta, nazwana Kamiennym Mostem.


No i tak się idzie zielonym łatwym szlakiem przez las, mijając ciekawe kamienne mostki, aż dochodzi się do głównej atrakcji. W tym momencie, gdybyśmy byli w grze komputerowej lub w filmie, muzyka stałaby się bardziej dynamiczna :) Oczom ukazuje się trasa, gdzie trzeba się nieco wysilić i trochę uważać, bo kąt nachylenia jest spory.


Czego finałem jest drabina. Może nie taka wysoka jak w Słowackim Raju, ale niektórzy mieli problemy z jej pokonaniem.


W tej okolicy znajduje się też sporo jaskiń, w których zimują nietoperze. Czasem nietoperze zimują też w piwnicach. Pamiętajcie! Nie ruszamy ich. Im jest dobrze i nie przeszkadza im to, że od czasu do czasu zejdziemy po słoiki. Nietoperze są spoko - jedzą komary!


Następnie spotykamy "Piekiełko". jakby kktoś miał wątpliwości, to jest odpowiednio oznaczone :)


Idziemy dalej żółtym szlakiem, z czego jest on już znacznie bardziej widowiskowy.


Trzeba jeszcze dojść do parkingu. Po drodze Most Zakochanych, niezbyt okazały :)


Oraz ciekawy opuszczony ośrodek wczasowy i to z basenem.


Oczywiście górskie trasy są energożerne, w związku z czym wymagają odpowiedniego prowiantu. Postanowiłem przygotować domowe batony energetyczno-białkowe, które wyglądają jak słynne kiełbasy, tyle, że ciemniejsze. Stad ich nazwa. Na zdjęciu przekrój poprzeczny.

Składniki:
- paczka daktyli
- garść orzechów
- łyżka kakao
- trochę oleju


Wykonanie:
Daktyle i orzechy miksujemy razem. Dodajemy kakao i jeśli wszystko jest za suche i się nie klei, to trochę oleju. Z masy formujemy podłużne ruloniki, które zawijamy w papier i chowamy do plecaka. Żadna pogoda mu nie straszna, dlatego baton jest uniwersalny na każdą porę roku.

wtorek, 23 października 2018

Romulańskie Ale

Romulanie to humanoidalna rasa zamieszkująca uniwersum Star Trek, o którym więcej pisałem tutaj.
Ich historia przedstawia się następująco. Kiedy Wolkanie, zamieszkujący, jak sama nazwa wskazuje planetę Wolkan, w wyniku wojny, omal nie doprowadzili do eksterminacji całego swojego gatunku, postanowili przyjąć filozofię życiową, w myśl której odrzucają wszelkie emocje, a kierują się tylko logiką. Ta część, która nie chciała podporządkować się tej ideologii opuściła rodzinną planetę i skolonizowała inny świat. Z racji tego, że wykształcali się w innym środowisku, odznaczają się trochę innymi cechami fizycznymi. Mają natomiast zupełnie różny system społeczny - cywilizację militarną. 
Wiadomo, że Romulańskie Ale jest bardzo mocne, niebieskie i w pewnym okresie zakazane na ziemi. Oto moja wersja tego trunku :)

Składniki:
- 0,7 litra czystego samogonu (opcjonalnie może być wódka)
- paczka niebieskich cukierków o smaku "lodu"


Wykonanie:
Cukierki wrzucamy do garnka i dolewamy trochę wody. Podgrzewamy do momentu, aż cukierki się rozpuszczą i mieszamy z alkoholem. Całość przelewamy do butelek.

wtorek, 14 sierpnia 2018

Bezglutenowe Zwetschgenkuchen

Wpis powstał przy okazji dość tragicznej, bo ciasto zostało przygotowane na stypę. Tak się ostatnio złożyło, że zmarł mój dziadek. Co prawda każdy kiedyś umrze, a prawdopodobieństwo tego, że dziadek (o ile nie umarł przed Waszym urodzeniem) umrze za Waszego życia jest znacznie większe niż to, że Wy umrzecie za jego, ale i tak, pomimo, że żyjemy w kulturze, w której powinniśmy się z tego cieszyć, zawsze jest to problem, na który nie byliśmy przygotowani. Dla mnie był to problem o tyle, że dziadka cechowała bezpośredniość i specyficzne poczucie humoru, które możecie za sprawą moich blogów zaobserwować u mnie. Także mieliśmy wspólne zrozumienie.
Na stypie, przy okazji rozmowy o dzieciach, których ja nie mam, a przynajmniej mi o tym nie wiadomo, ciocia powiedziała, że to, że ona ma to nie jest jedyna słuszna droga, bo nie dla każdego recepta na szczęście jest taka sama. Parafrazując, każdy może przeżywać śmierć drugiej osoby na swój sposób. Jeden będzie płakał nad grobem, a inny namaluje obraz.
Wracając do stypy. Pogrzeby co do zasady są nagłe. Nagle też trzeba załatwiać lokal. Lokal bierze się wtedy taki jaki jest, a nie taki jaki się marzy. Nie wszystkie uroczystości odbywają się w dużych miastach w których "wszystko jest". Co nie zmienia faktu, że mamy XXI wiek i nie można pozwolić na to, żeby ktoś z uwagi na to, że czegoś nie może jeść był poszkodowany. Do tego jeszcze dostałem reklamówkę śliwek z działki od dziadka i postanowiłem przygotować to ciasto.
Dość już tego wprowadzenia, bo tak jak i ja się nie przejąłem, że dzień wcześniej zginęło 150 tys ludzi, tak i Was niespecjalnie interesuje śmierć kogoś kogo nie znaliście.

Zapewne samo ciasto bardziej Was zainteresuje. Ciasto ma rodowód niemiecki. a z uwagi na to, że Niemcy, wbrew pozorom są bardzo zróżnicowanym krajem pod względem kulturowym (nie bez przyczyny nazywają się FEDERALNĄ Republiką) to i ciasto ma wiele nazw. Nazywane jest też Pflaumenkuchen a w Augsburgu, gdzie stało się pewnym symbolem miasta, ze względu na strukturę przypominającą, będącą na herbie szyszkę, nazywane jest Zwetschgendatschi.

Składniki:
- 1 i 3/4 szklanki mąki kukurydzianej
- pół szklanki mąki ziemniaczanej
- pół szklanki cukru
- kostka margaryny
- śliwki (ciemne i podłużne)


Wykonanie:
Z mąki, cukru i margaryny ugniatamy ciasto. Wykładamy blachę warstwą ciasta i układamy na niej  rzędami pionowo, lekko pochylone połówki śliwek.
Piekłem pół godziny w temperaturze 180 stopni Celsjusza.

sobota, 21 lipca 2018

Ciasto nawinie

Podobno tradycja to rzecz święta. Co prawda Zenon Kosidowski ma na ten temat inne zdanie, ale na potrzeby tego posta możemy takie właśnie założenie przyjąć. Skoro święta, to się jej nie podważa, tak jak w słynnej anegdocie o obcinaniu końcówek pieczeni, przed włożeniem jej do piekarnika. Jak nie znacie tej anegdoty, to mogę Wam ją przedstawić.
W pracy mamy taką tradycję, że przynosimy ciasto na urodziny i na rocznicę podpisania umowy. W mojej pracy jest wszystko to, co w każdej szanującej się pracy czyli stosunki przyjacielskie, konflikty, pomoc wzajemna, rywalizacja, tarcia interesów, donosy tajne ukryte za uśmiechem, donosy jawne podparte konfliktem itp. Słowem mój zakład pracy nie wyróżnia się specjalnie na tle innych w tej kwestii. Nie ma w tym nic dziwnego, ekipę tworzą ludzie, a ludzie, na danej szerokości geograficznej są do siebie zasadniczo podobni, ale też na tyle różnorodni, że ilu ludzi, tyle zdań co implikuje różnice zdań :)
Jedno również pozostanie niezmienne. Nie opłaca się starać, bo, podobnie jak w przypadku wesela, ilość narzekających ludzi jest wprost proporcjonalna do Waszych starań, a przynajmniej, starając się bardziej to odczujecie :)
Dlatego cel był prosty. Ciasto tanie i niewymagające pracy, a jednocześnie ciekawe. Tak powstało ciasto "nawinie", czyli to co się nawinie :) 

Z racji tego, że jest gorąco nie chciałem nic piec, co by znacznie podniosło temperaturę w domu, dlatego zrobiłem ciasto na zimno. Idea była typowa dla tej, bogatej w owoce pory roku, podczas której eksponuje się je na różnego rodzaju spodach za pomocą przeróżnych galaretek. Ostatni krzyk mody, galareta przezroczysta.
Biszkopt z galaretką, co prawda już robiłem, ale jest to trudne, bo normalnie galaretka w niego wsiąka, więc wymagałoby to większego starania, a to bez sensu. Postanowiłem zrobić taki spód, jak słynne ciastko  - bajaderka.

Poszedłem na spacer, żeby zobaczyć co mi się nawinie.

Śliwki mirabelki. Bardzo powszechne w kuchni kryzysowej, które zyskały sławę dzięki posłowi PO - Stefanowi Niesiołowskiemu. Rosną chyba w każdym mieście.


Skoro już jesteśmy przy owocach, to znalazłem jeszcze czarny bez, którego kwiaty co prawda są białe, i również wykorzystywane w kuchni, ale ze względu na owoce nazywany czarnym. Trochę kulek na uzupełnienie.


Na działce po ulewie, jeden z mieczyków został przewrócony. Szkoda by go było nie wykorzystać :)


Kwiaty cukinii wykorzystuje się do wielu rzeczy w kuchni. Osobiście robiłem kiedyś z nimi pączki. Przepis na nie tutaj. Pamiętajcie, żeby zrywać te męskie, bo z żeńskich są owoce. Co widać po nasadzie.


Do tej pory w kuchni wykorzystywałem liście pokrzywy, o czym można przeczytać tutaj. Teraz wykorzystałem nasiona ze strąków, którymi są obficie obsypane.


Dorzuciłem jeszcze kilka kwiatów petunii, róży i koniczyny, żeby było bardziej kolorowo, tym bardziej, że te ostatnie mają całkiem zacne wartości odżywcze, a te drugie wykorzystywane są w cukiernictwie niemal cały czas. Vide - pączki.

Bazą spodu miał być chleb. Przy obecnej technologii produkcji, jest to tańsze niż pieczenie ciasta. Tym bardziej, że chleb można znaleźć lub, w najgorszym wypadku, kupić przeceniony w markecie.


No i składnik X, znany z wypieków okresu okupacji. Fusy od kawy. Z racji tego, że mamy w firmie ekspres do kawy, dodałem przy okazji coś swojskiego :)


Niektóre rzeczy musiałem kupić, ale podsumowując cały przepis wygląda tak. nie zwracajcie uwagi na podpisane rzeczy w firmowej lodówce :)

- chleb
- 3 łyżki kakao
- 4 łyżki fusów od kawy
- pół szklanki cukru
- 1/3 margaryny
- 4 szybkoschnące galaretki z karagenem
- co się nawinie - owoce, kwiaty itp.


Wykonanie:
Chleb, kawę, cukier, kakao i margarynę miksujemy razem, aż uzyskamy jednolitą masę, którą wkładamy do tortownicy.
Układamy wszystko co się nawinie i zalewamy galaretką.

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Turbo terere

Jeśli nie potraficie się podnieść po weekendzie i potrzebujecie dopalaczy, to ten napój jest w sam raz dla Was. Jeśli dodatkowo macie pracę, której nie możecie przełożyć na później, tylko od samego początku jest od Was wymagana gotowość, to już na pewno się nada :)
Terere to popularny w Ameryce Południowej zimny napój. To nic innego jak rozpropagowana przez  obecną głowę kościoła katolickiego Yerba Mate, tyle, że na zimno. Jak to się dzieje, że pomimo dodania zimnej wody ziele zostaje zaparzone? Ktoś kiedyś wytłumaczył, że polanie lodowatej wody na skórę też na swój sposób "parzy" :)
Terere bardzo często podaje się z sokami. Najbardziej popularne to podawane z sokiem pomarańczowym terere russo, które zawdzięcza swoją nazwę imigrantom z, jak sama nazwa wskazuje ... Ukrainy :) Osobiście piłem nawet z energetykiem :)
Bardzo dobrym dodatkiem podnoszącym moc yerba mate, a konkretniej znacznie zwiększającej sprawność umysłową jest miłorząb dwuklapowy. Roślina jest nazywana żywą skamieliną, gdyż, w przeciwieństwie do tyranozaura, który wyewoluował do postaci kury, ta nie zmieniła się zbyt wiele od czasów prehistorycznych. Każdy szanujący się park czy ogród dendrologiczny ma takową w swoich zbiorach. U mnie w mieście też jest takowa, dlatego mogę pozyskać surowiec za darmo.


Oczywiście nie mam zamiaru niszczyć drzewa. Nawet nie dlatego, że jest to zabronione, ale dlatego, że to dobro wspólne. Natomiast argument nie do zbicia. Aktywne działanie mają tylko liście żółte, czyli te, które spadną z drzewa. Tak się składa, że zebrałem kiedyś spory zapas.


Kolejnym składnikiem, który podkręci nam moc napoju, a także pozytywnie wpłynie na jego smak, jest grejpfrut. Generalnie owoc działa tak, że blokuje metabolizm wielu substancji, dlatego nie wolno spożywać go równolegle z lekami, które do niedawna wydawane były na różowe recepty, bo może to się skończyć wyjątkowo źle. Oczywiście umiejętne wykorzystanie tego owocu może przynieść ciekawe skutki i tak oto stosuje się to do wydłużania działania kawy, albo yerba mate.
Ostatnio byłem na pchlim targu o czym pisałem tutaj gdzie zakupiłem bardzo tanio grejpfruty, którym obciąłem górną część, naciąłem miąższ i wyjadłem łyżeczką. Zresztą i tak potrzebna nam jest tylko łupina.

Składniki:
- wydrążona łupina po grejpfrucie
- susz ostrokrzewu paragwajskiego
- suszone, pożółkłe liście miłorzębu


Wykonanie:
Działanie miłorzębu uzyskuje się zaparzając go wrzątkiem, dlatego wcześniej musimy przyrządzić sobie takie wywar, który następnie chłodzimy. Do łupiny po grejpfrucie sypiemy susz, do wysokości ok 1/3 i zalewamy mocno schłodzonym wywarem.
Z uwagi na specyfikę formy, w jakiej jest sprzedawany susz, pijemy to przez specjalną rurkę. Moim skromnym zdaniem najlepszy jest filtr w kształcie sprężyny.

czwartek, 5 kwietnia 2018

Deser z U-boota

Prosty deser, który, co starsi, pamiętają jeszcze z przedszkola, ale najpierw notka historyczna, którą postanowiła napisać na łamach mojego bloga Anna, licencjonowany przewodnik, ale co najważniejsze specjalistka historyczna od U-Bootów.

Życie na U-Boocie ani do lekkich, ani długich nie należało. 75% załóg okrętów poległo, pod koniec wojny marynarz przezywał średnio cztery miesiące. Są to niespotykane w żadnych innych jednostkach statystyki. Kto więc służył na tych jednostkach? Prawdziwi twardziele, którzy do ryzyka szybkiej śmierci musieli jeszcze dołożyć straszne warunki bytowania na ciasnym okręcie w oczekiwaniu na mało sympatyczny koniec. Jak więc dowództwo umilało życie podwodniakom? Jedzeniem! Powszechnie się uważa, że nic tak nie podnosi ducha jak dobry posiłek, wiemy bowiem, że człowiek w stresie a do tego jeszcze głodny, nie dość że jest zły to jeszcze i zdołowany, to morale sięga dna rowu mariańskiego… 
Aprowizacja zatem była wspaniała, żadne inne jednostki nie otrzymywały takich dobroci. Menu dnia odtworzone na podstawie zeznań pojmanych i przesłuchiwanych jeńców:  
sobota : śniadanie - kawa, chleb, masło, dżem,
obiad - zupa Vermiceli, wołowina, legumina,
podwieczorek - herbata, masło, chleb, mięso na zimno,
niedziela : śniadanie - kawa, chleb, masło, jajka
obiad - wieprzowina w kapuście, truskawki ze śmietaną,
podwieczorek - herbata, chleb, masło, szynka, kiełbasa. * 
*http://www.uboatarchive.net/U-93INT.htm 

Prezentuje się wspaniale, ale czy tak faktycznie było? Jak smakowało by wam nawet najwykwintniejsze danie, śmierdzące smarem, oparami ropy z silników z domieszką smrodu latryny, bo tam z braku miejsca na okręcie przechowywano zapasy. Podejrzewam, że średnio… Osobnym tematem są też warunki, w jakich pracował kucharz, czyli tzw. "Smutje".


To, co widzicie na zdjęciu to CAŁA kuchnia, na U-Boocie, i w takich to warunkach przygotowywano te rarytasy dla załogi liczącej do 57 osób. Kto więc był największym bohaterem? Smutje!  Zagrożenie życia miał jak każdy, warunki służby koszmarne, pracy jeszcze gorsze a to on bardziej niż kapitan i admirał dbał o morale załogi. 
Jak to wyglądało w praktyce, mogliście zobaczyć, jeśli jesteście w tym gronie szczęśliwców, które widziało film Das Boot. Tym większe wasze szczęście jeśli to był serial. Pojawia się tam właśnie ten deser, który mam Wam zamiar przedstawić. 
Oczywiście, jeśli chcielibyście bardziej wczuć się w klimat, musicie go zapić sokiem jabłkowym :)

Składniki:
- jakieś mleko
- budyń waniliowy
- syrop malinowy


Wykonanie:
Budyń robimy według przepisu na opakowaniu, a po nałożeniu na głęboki talerz polewamy syropem.
Mamy 3 opcje:
  • - poczekać, aż zrobi się skórka i wtedy rozleje się na boki
  • - nalać na ciepły i wymieszać
  • - (moja ulubiona) lać delikatnie na ciepły, a wtedy cały sok spłynie nam pod warstwę budyniu i ujawni się podczas jedzenia

Przy tej okazji, mała ciekawostka.

W miniony długi weekend byłem w nadmorskiej Ustce, gdzie poszedłem sobie do portu, a konkretnie w okolice tego basenu.


Ten kawałek zasłynął tym, że w 1945 roku zrobiono tam takie zdjęcie. Żołnierze radzieccy pozują z banderą (nie, to nie jest flaga państwowa, choć większość ludzi nie widzi różnicy :)). 
Był to okręt U-6, który pełnił rolę szkoleniową, a który został niedługo później zatopiony w tym samym miejscu natomiast teoretycznie w ogóle go tu nie powinno być :)

niedziela, 31 grudnia 2017

Kołacz noworoczny

Ostatnio na moim drugim blogu pisałem o tradycjach, o tym jak się zmieniają i dlaczego. Więcej na ten temat przy okazji wpisu wigilijnego tutaj. Teraz też będzie o zmienionej tradycji. 
Dawno temu na terenach które obecnie zamieszkujemy piekło się kołacz. Wypiek był to niemal mityczny, gdyż zachowało się na jego temat niewiele informacji, że o przepisie nie wspomnę. Jeśli wierzyć informacjom, to miewał nawet 2 m wysokości, co bardzo dobrze było zobrazowane w jednym z, bardzo popularnej za czasów mojego dzieciństwa, serii komiksów Kajko i Kokosz w odcinku pt. Na wczasach. Być może właśnie ten brak przepisu spowodował, że obecnie kołaczem nazywamy okrągłe ciasto, z racji tego, że przypomina kształtem koło, o ile nie ma jakieś swojej wyspecjalizowanej nazwy np. sernik, tort itp.
Jedzono takie np. z okazji nowego roku. Tyle, że wtedy początek roku był trochę wcześniej. Zanim wymyślono kalendarz, z jakim mamy obecnie do czynienia, ludzie odmierzali czas obserwując naturę. Głównie słońce. Początkowo sprawa była prosta - dzień i noc. Południe oraz wschód i zachód słońca też można było stosunkowo łatwo określić. Z czasem ludzie zauważyli, że dni w określonych porach roku mają różną długość. Zauważyli, że jeden dzień w roku jest najkrótszy, a następny już coraz dłuższy tak jakby słońce urodziło się na nowo i zaczęło swoją ekspansję. Wtedy właśnie przypadał symboliczny początek roku.
Niektórzy ludzie za punkt odniesienia wzięli sobie księżyc, który np. na Śląsku jest nazywany wymownie miesiączkiem, tak powstał kalendarz lunarny.
Ludzie zdawali sobie sprawę, że oba są niedoskonałe i należało zgrać je ze sobą, tak powstały kalendarze lunarno-solarne.
Jeden z najbardziej znanych cesarzy rzymskich (dzięki wielu odniesieniom w popkulturze) - Juliusz, chciał udoskonalić ten system i wprowadził swój kalendarz, który obowiązywał całkiem długo, a w niektórych miejscach jeszcze dłużej, aż wprowadzono dokładniejszy Gregoriański. On również nie jest doskonały jeśli chodzi o to co możemy zaobserwować na niebie, ale się stara :)
Właściwie to pełen cykl - synchronizacja pomiędzy słońcem, a księżycem, a czego możemy się dowiedzieć z nowego niemieckiego serialu Dark, trwa 33 lata.
Okrągłe ciasto i obowiązujący kalendarz były raczej praktycznym dostosowaniem obowiązującej tradycji do nowych czasów niż starciem dwóch kultur tak jak to miało miejsce w przypadku wigilii. Zupełnie tak jak trzecia nowoczesna tradycja, w której wykorzystuje się nowoczesne technologie (lasery, hologramy) do przywitania nowego roku, zamiast starych fajerwerków. Jest to po prostu tańsze, niejednokrotnie bardziej efektowne i psychicznie mniej obciążające dla tych, którzy są na to wrażliwi.

Dobra, to tyle nauki, której pewnie mało kto przeczytał, a teraz przejdę do tego co ludzie lubią najbardziej czyli ekshibicjonizmu czytaj prywaty :)
Zgodnie z zasadą Hugha Hefnera - Tylko frajerzy bawią się w sylwestra, prawdziwi goście mają sylwestra cały rok. Postanowiłem nie obchodzić go jakoś specjalnie. Zresztą pewnie nie tylko mi zdarzały się czasem bardziej huczne weekendy niż noce sylwestrowe. W związku z tym chciałbym po prostu posiedzieć w domu, nie ulegając społecznej presji. Tylko, że się nie da, bo presja przyjdzie do mnie, czy to w postaci odgłosów imprezy, pijanego sąsiada na klatce, który zapuka nie do tych drzwi czy fajerwerków, na które nerwowo reaguje mój pies. Trzeba było wyjechać do jakiegoś spokojnego miejsca. Góry odpadają, bo wszyscy jadą tam na zimę. Trzeba było znaleźć miejsce, które nie jest o tej porze roku zbyt popularne, a jednocześnie niezbyt dalekie. Padło na Opolszczyznę, gdzie znalazłem cichy dworek. Może jest wiele sterylnych hoteli utrzymanych w bieli, ale to miejsce i jego stare pokoje ma po prostu klimat.


Niedaleko jest ośrodek edukacyjny w postaci drewnianego grodu, który został zbudowany całkiem niedawno. Możemy tam zobaczyć jak wyglądały machiny oblężnicze, narzędzia tortur, średniowieczna broń palna, a także słynne średniowieczne pojazdy pancerne czyli wozy husyckie.
Kołacz, co prawda unowocześniony, też postanowiłem przygotować według starej receptury na zakwasie. Użyłem gryki, co do której uczeni się spierają, czy była wykorzystywana w kuchni czy nie, bo co do tego, ze rosła tu już od dawna nikt nie ma wątpliwości.
Jako słodzik użyłem buraka cukrowego. Wiem, że o nie trudno, ale jeśli macie w okolicy cukrownie, to wystarczy wyjechać za miasto i leżą na kupach w okolicy drogi. Rolnik z chęcią odstąpi Wam jednego :)

Składniki:
- 400 g kaszy gryczanej białej
- 3/4 dużego buraka cukrowego


Wykonanie:
Kaszę zalewamy wodą trochę ponad jej poziom i trzymamy w ciepłym miejscu 24 h. Jak woda zrobi się nam lekko kiślowata, to dobrze. Miksujemy i dodajemy drobno startego buraka. Wlewamy wszystko do foremki i odstawiamy na kilka godzin.
Wstawiamy do nagrzanego na 180 stopni piekarnika i pieczemy jakieś 45 minut.

Przy okazji. W okolicy (w Kluczborku) jest bardzo ciekawe muzeum uli figuralnych. To taki element świeckiej sztuki użytkowej. Takie ładne ule. Tym ciekawsze, że póki co, nasz los jest ściśle związany z losem pszczół. Nie będzie pszczół, to jak mawiał Kononowicz Nie będzie niczego :)